O mój maleńki

Halkę, tytułową bohaterkę swej opery, Moniuszko obdarzył w tej nowej partyturze aż czterema numerami solowymi: w I akcie jest to aria Jako od wichru krzew połamany, w II — aria Gdybym rannym słonkiem, w akcie IV zaś cavatina O mój maleńki i pieśń finałowa Jazbym cię miała zabić, mój drogi. Trzy z tych utworów figurowały już w pierwotnej, dwuaktowej wileńskiej wersji opery, natomiast arię Gdybym rannym słonkiem dopisał kompozytor bezpośrednio przed premierą warszawską. Chodziło mu nie tylko o rozbudowanie opery do czterech aktów, ale także, kto wie czy nie bardziej, o pozyskanie względów wykonawczyni głównej roli, znakomitej sopranistki Pauliny Rivoli. Od sławnej tej i bardzo ustosunkowanej artystki wiele zależało, gdy tymczasem do Moniuszki dotarła zakulisowa wieść, jakoby primadonna kręciła trochę noskiem, nie znajdując w Halce arii prawdziwie dla siebie popisowej. Dodajmy, że Rivoli, dama bardzo wytworna i rozpieszczana hołdami, nie miała zbyt wielkiej ochoty wcielić się w dziewczyną z gminu, i to jeszcze solidnie przez panicza zhańbionął. Nie dziw, że w takiej opresji kompozytor przywołał na pomoc cały swój talent, by solistkę swą muzyką zadowolić2. Powstała aria majstersztyk, udatnie kojarząca piękną, potoczystą melodię z efektownymi wysokimi dźwiękami — utwór mogący być ozdobą każdej opery i popisem każdej mistrzyni bel canta. Autor tekstu, Włodzimierz Wolski, też nie zawiódł, choć — jak się wydaje — w pośpiechu wziął sobie za wzór słowa Stefana Witwickiego do pieśni Chopina Życzenie op. 74 nr 1. U Witwickiego początek brzmi.

Gdyby rannym słonkiem

Orkiestra nasza „jest bardzo niekompletna. — Fagotu ani zapachu, oboi jeden, a drugi (secundo) klarnet tak sfałszowany, że wolałbym raczej, ażeby wcale nie egzystował. Waltornie arcysłabe, trąby jeszcze słabsze, za to puzan (sic!) grzmi za wszystkich. Kotły są doskonałe, ale kotlisty nie mamy. — Kwartet więcej niż mierny…” Oto jak scharakteryzował Moniuszko orkiestrę wileńską. „Znając onej niebezpieczeństwa — pisze dalej pan Stanisław — żegluję ostrożnie i jakoś mi się udaje. ■— (…) jeszcze mam w zysku dobre słowo: co by to było przy dobrym wykonaniu”ł. Z niemałymi, jak widać, trudnościami borykać się musiał kompozytor, instrumentując w 1847 roku pierwszą wersję swojej Halki. Nic też dziwnego, że pomyślana na orkiestrę wileńską partytura musiała ulec poważnym przeróbkom, kiedy dziesięć lat później przyszło Moniuszce przygotowywać Halkę do wystawienia w Teatrze Wielkim w Warszawie. „Partytury pisanej owego czasu wyrzekam się zupełnie — zwierzał się Sikorskiemu w 1857 roku — nie co do myśli, bo dźwięki pozostały co do nuty; tylko że w nowem przerobieniu zyskały na postę- pującem kompozytora doświadczeniu” \

Kozak

Kozak jest w oryginale pieśnią solową, szeregu zaś opracowań chóralnych doczekał się za sprawą swej ogromnej popularności. Powstał prawdopodobnie w początkach 1849 roku lub nieco później, w każdym razie biograf kompozytora, Aleksander Walicki (1826—1893) \ pisząc o podróży Moniusiki do Petersburga w lutym 1849, wspomina, że „ogromnie się tam podobał nowy jego śpiew Kozak”. Kursuje zresztą na ten temat ciekawa anegdota związana z osobą polskiego muzyka, Wiktora Każyńskiego <1812—1867), domniemanego kompozytora melodii Wlazł kotek na płotek do tekstu Syrokomli. Każyń- ski działał już wtedy w Petersburgu jako organista i kapelmistrz operowy w Teatrze Aleksandryjskim. Otóż Moniuszko, po powrocie z Petersburga do Wilna, otrzymał list od zaprzyjaźnionego kompozytora rosyjskiego Aleksandra Dargomyżskiego, a w nim następującą wiadomość: „Ostatnio w Teatrze Aleksandryjskim Każyński polecił wykonać podczas antraktu pieśń małoruską swojej kompozycji, zatytułowaną Dumka. Jakież było zdziwienie, gdy rozpoznano nuta w nutę Pańskiego Kozaka, którego Każyński przepisał bez najmniejszej zmiany! Publiczność uznała go za najlepszy utwór Każyńskiego i zażądała powtórzenia…” Zarówno sam pan Stanisław, jak i wszyscy jego biografowie, uwierzyli w ten plagiat, ale przypuszczać raczej należy, że i Moniuszko i Każyński skorzystali po prostu z tego sanlego źródła ludowego, opracowując tę melodię każdy na swój sposób. W każdym razie sama melodia jest niewątpliwie ukraińskiego pochodzenia. Kozak Moniuszki cieszył się tak ogromnym powodzeniem, że go dwukrotnie drukiem wydano w Wilnie, tyleż razy w Warszawie, a ponadto: w Katowicach, Paryżu, Hamburgu, Petersburgu, Moskwie i Lipsku.

Głos sopranowy

Zarówno w wymienionych rękopisach, jak i w pierwszym wydaniu Prząśniczka przeznaczona jest na głos sopranowy. Natomiast dedykację zaadresował Moniuszko do Achillesa Józefa Bonoldiego, który —* jak już wiemy — był barytonem. Można by przypuszczać, że on to właśnie wykonał tę pieśń jako pierwszy. A więc nuty nutami, a praktyka praktyką. Potwierdzają to również późniejsze występy z Prząśniczką śpiewaków — mężczyzn jak Władysław Zahorowski (śpiewał ją 6 marca 185& roku w Warszawie, na koncercie benefisowym niejakiego Callasantiego, wirtuoza na ofikleidzie, oraz 19 grudnia 1860 roku na koncercie w Nowej Resursie) i Jan Koehler (12 listopada 1865 roku na koncercie benefisowym Daniela Filleborna w Resursie Obywatelskiej)ł. Aliści pierwszą domniemaną wykonawczynią Prząśniczki mogła być z równym powodzeniem, na przykład, Waleria Rostkowska, sopran, artystka Teatru Wileńskiego, odtwórczyni Halki w premierze wileńskiej. Pozostawała ona w najlepszych stosunkach z Moniuszkami także w Warszawie i w Teatrze Wielkim była pierwszą Zuzią w Verbum nobile. Sprawa prawykonania utworu pozostaje zatem w sferze domysłów. Natomiast co do daty i miejsca owego pierwszego wykonania jesteśmy w sytuacji nieco pomyślniejszej: prawie z pewnością było to Wilno, po styczniu, a przed 15 kwietnia 1845 roku.

Harmonijna współpraca

Ten drobny zgrzyt w życzliwych stosunkach kompozytora ze starszym o 22 lata poetą-filomatą nie zakłócił na dłużej ich, w całym tego słowa znaczeniu harmonijnej współpracy. Aż osiemnaście pieśni napisał Moniuszko do tekstów Czeczota, z czego znaczną część już po śmierci autora (1847). Obok Prząśniczki najbardziej znana jest ich wspólna pieśń Kum i kuma z 1844 roku. Nic jednak nie potrafiła przyćmić triumfalnego sukcesu Prząśniczki. Skomponowana w Wilnie przed. 15 kwietnia 1846 roku Prząśniczka weszła do III Śpiewnika domowego i wraz z nim ukazała się drukiem w Wilnie w 1851 roku. Za życia kompozytora wydano ją jeszcze dwukrotnie w Warszawie, w latach 1853 i 1858. Zachowały się autografy tego Śpiewnika. Jeden, kompletny, zatwierdzony do druku w 1846 roku, znajduje’ się w bibliotece Polskiego Wydawnictwa Muzycznego w Krakowie . Drugi — z nutami przepisanymi przez obcego kopistę, za to z tekstem ręką panamoniuszkową wpisanym, zatwierdzony do druku przez cenzurę carską 28 grudnia 1850 roku, jest przechowywany w bibliotece Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Właścicielem pierwodruku jest Biblioteka Jagiellońska w Krakowie.

Prząśniczka

Moniuszko marzył, ażeby jego pieśni trafiły do każdego polskiego domu i marzenie to stało się rzeczywistością W odniesieniu do przynajmniej kilkunastu jego utworów. Przede wszystkim jednak przebojem ostatnich stu kilkudziesięciu lat stała się Prząśniczka. Ani autorowi tekstu, Janowi Czeczotowi (1797—1847), przyjacielowi Mickiewicza z lat szkolnych w Nowogródku, ani samemu Moniuszce nie śniło się nawet, że ta prosta, bezpretensjonalna piosenka trafi wręcz „pod strzechy”. Czeczot, dożywający właśnie ostatnich lat niedługiego i pełnego srogich utrapień życia jako bibliotekarz w fundacji Adama Chreptowicza w Szczor- sach, po ukazaniu się I Śpiewnika domowego wysłał do Moniuszki list \ poddający pewnej krytyce stronę metryczną jego pieśni. Zachował się brulion odpowiedzi kompozytora2, odpierającej te zarzuty, powołującej się na pozytywną ocenę Józefa Sikorskiego i świadczącej, iż Moniuszko był gruntownie obznajmiony z podstawowymi pracami teoretycznymi z tej dziedziny: Rozprawą o metrycz- ności i rytmiczności języka polskiego Józefa Elsnera oraz Rozprawą o śpiewach polskich Józefa Franciszka Królikowskiego.

Liryczna muzyka

Ogólnie zaś o pieśniach Moniuszki Sierow napisał: „Nie zawaham się postawić ich w jednym rzędzie z najlepszymi, jakie są w muzyce, w tym lirycznym pieś- niarskim gatunku — w tym gatunku, którego głównymi przedstawicielami dla Niemiec są — Franciszek Schubert i Robert Schumann, a dla naszej ojczyzny — M. I. Glinka i N. S. Dargomyżski”ł. Nie wiemy, kto pierwszy tę balladę zaśpiewał. Był to może Achilles Józef Bonoldi (1821—1871), włoski baryton i nauczyciel śpiewu, który właśnie w tymże 1842 roku osiedlił się w Wilnie i którego rychło połączyły z domem Moniuszków więzi serdecznej przyjaźni. Albo też, jeśli zważyć, że Bonoldi słabo jeszcze zapewne dawał sobie radę z językiem polskim (a tekst w balladzie gra rolę niepoślednią), pierwszym wykonawcą mógł być raczej któryś ze śpiewających aktorów Teatru Wileńskiego. Z późniejszych wybitnych interpretatorów utworu znamy Jana Koehlera i Adolfa Kozieradzkiego *.
Zachęcony powodzeniem Dziada i baby Moniuszko skomponował, prawdopodobnie podczas pobytu w Petersburgu latem 1844 roku, coś w rodzaju dalszego ciągu: balladę Dziadek i babka jako opowiadanie wnuczka. Mimo kilku wydań, pieśń ta, do tekstu Dycalpa (Placyda Jankowskiego) napisana, nie zyskała szerszej popularności.

Bez pieniędzy nic nie będzie

Publikacja tak była pomyślana, że abonenci musieli zadatkować prenumeratę z góry. Inaczej Moniuszko nie miałby czym zapłacić za druk firmie Klukowskiego. A wiedzieć przy tym trzeba, że wszystkie czynności związane z dystrybucją Śpiewnika kompozytor załatwiać musiał we własnym zakresie, przy pomocy najbliższych. Dziad i baba, ballada, o której Moniuszko pisał, że jest „zupełnie u nas nową formą śpiewu, opowiadaniem naiwnym (…) w rodzaju pieśni gminnych” , weszła do I Śpiewnika domowego jako pozycja szesnasta i ostatnia. I wraz z owym I Śpiewnikiem ukazała się w Wilnie drukiem w 1843 roku . Józef Sikorski* recenzując anonimowo to wydawnictwo w IV tomie Biblioteki Warszawskiej w 1844 roku, pisał: „W całym dziełku widocznie przeważa pociąg i zdolność do malowania uczuć głębokich i tkliwych raczej niż wesołych, mimo nieporównanego żartu Dziad i baba (podkr. f. CĄ. Żjrc*4iwie ocenił balladę Moniuszki również wybitny krytyk rosyjski Aleksander Sierow (1820— —1871): „Dziad i baba, rodzaj bajki, niezwykle zręcznie pod muzykę podłożonej; wiele tam dramatycznej prawdy -i znakomitych szczegółów”.

Przeprowadzone próby

W tym domu pełnym muzyki rodziły się wciąż nowe pomysły im prez, którymi próbowano rozbudzać ospałe pod względem kulturalnym Wilno, tu także odbywały się próby. Zachował się nawet rysunek ojca kompozytora, Czesława Moniuszki, przedstawiający taką właśnie próbę muzyczną. Zapewne tak właśnie wyglądało pierwsze domowe wykonanie Dziada i baby. Asystował przy nim, być może, redaktor Józef Ignacy Kraszewski (1812—1887), znany i ceniony pisarz- -publicysta, związany w tym okresie z Wilnem jako redaktor czasopisma „Ateneum” i korespondent urzędowego „Tygodnika Petersburskiego”. Urzędowego w Królestwie Polskim, czyli w „kraju pry- wislanskim”, z łaski cara batiuszki. Właśnie Kraszewski, przyszły autor Starej baśni i Hrabiny Co- sel, napisał przezabawny tekst Dziada i baby.
W tym okresie Moniuszko ma już w swojej kompozytorskiej tece znaczną liczbę pieśni i podejmuje inicjatywę wydawania Śpiewnika domowego, zamierzonego jako szereg kolejnych zeszytówł. Tytuł: Śpiewnik domowy oddaje w całej pełni zamysł tego przedsięwzięcia. Młody kompozytor, powodowany uczuciami patriotycznymi, pragnie dostarczyć tysiącom polskich domów nowych polskich pieśni z tekstami najwybitniejszych rodzimych poetów. Chodziło mu o to, by pieśni te zastąpiły albo choć uzupełniły salonowy repertuar utworów francuskich, niemiec– kich, włoskich i rosyjskich, uważanych wtedy za przejaw „wyższego gustu”.

Dziad i baba

Jedną z najpopularniejszych i zarazem najzabawniejszych pieśni polskiej literatury muzycznej jest ballada Dziad i baba. Moniuszko napisał ją w pierwszym okresie swej działalności w Wilnie, zapewne wiosną 1842 roku, w każdym zaś razie przed 26 maja tegoż roku, bo — jak z jego korespondencji wynika — już wtedy była gotowa. Kompozytor liczył sobie lat 23, od niespełna dwóch lat był żonaty, bardzo szczęśliwie, z mieszczanką wileńską, o rok młodszą Aleksandrą (Omką) Mullerówną. Mieli roczną córeczkę Elunię, czy zaś następne z kolejnych dziewięciorga dzieci, synek Kazio, był już wtedy na świecić czy też dopiero „w drodze”, nie wiadomo. Małżonkowie mieszkali u teściowej, Marii Mullerowej, wdowy po pułkowniku wojsk rosyjskich Ksawerym, w domu przy ulicy Niemieckiej pod trzecim. Nie przelewało się. Stanisław organistował u św. Jana i dawał lekcje fortepianu, ledwie po rublu za godzinę. Długi rosły. Młodego artystę nie stać było nawet na nowe buty. Na jakimś koncercie paradował ponoć w dwóch nie od pary… Mimo materialnych niedogodności skromniutki salon przy ulicy Niemieckiej zawsze był pełen przyjaciół i gości. Żyło się chudo, ale Moniuszkowie promienieli szczęściem, bardzo w sobie zakochani i… bardzo młodzi, zupełnie odwrotnie niż „bardzo starzy oboje” bohaterowie ballady.

error: Content is protected !!